Blog > Komentarze do wpisu
PORADA O. DANIELA

Matka nabrała przekonania, że opętał mnie Zły Duch i kazała mi iść do kościoła wyspowiadać się.

- Pójdziesz do ojca Daniela - powiedziała. - On jest najlepszym egzorcystą.

- Będzie wypędzał ze mnie diabła? - roześmiałem się, choć z drugiej strony, przypominając sobie co czytałem w Ewangelii, zaczęła błądzić we mnie myśl, że może naprawdę zagnieździł się we mnie jakiś szalony demon; tak nieracjonalnie, jak ostatnio, nigdy nie postępowałem.

- Jak trzeba, to wypędzi.

Dla matki to, że diabeł może zawładnąć umysłem człowieka, nie było czymś nienaturalnym.

W naszej rodzinie zdarzył się przypadek diabelskiego omamienia. Chodziłem wówczas do szkoły podstawowej i znam to z opowiadań. Ciotka Misia, dzisiaj siedemdziesięcioletnia, nagle przestała wychodzić z domu i nikogo nie wpuszczała do siebie. Była panną, jak i obecnie, z tym, że wtedy w sposób widoczny jeszcze nie szwankowała na rozumie, więc w rodzinie zrodziło się podejrzenie, że ciotka Misia przetrzymuje w domu mężczyznę. Kuzyni, wyważając drzwi, wtargnęli do mieszkania ciotki Misi. Podejrzenia sprawdziły się w połowie. Mieszkanie było pełne mężczyzny, z tym, że jego obecność zaznaczona była jedynie na zdjęciach powycinanych z gazet, którymi pooblepiane były ściany i meble. Na wszystkich zdjęciach widniał kapitan Kloss z serialu Stawka większa niż życie. To właśnie na ciotce Misi ojciec Daniel po raz pierwszy okazał swe moce w wypędzaniu diabła, który przybrał postać Stanisława Mikulskiego.

Matkę wyobrażenie, że i drugie jej dziecko pozostanie samotne, przyprawiało o spazmatyczny płacz, przerywany wypominaniem w jakich bólach nas rodziła i ile wyrzeczeń ją kosztowało, żeby nas wychować i wykształcić na porządnych ludzi, a my...

Nie chciałem iść do spowiedzi. Miałem tylko złe wspomnienia w tej dziedzinie. Pragnąłem jak najszybciej wyjechać z Sandomierza, ale Ula powiedziała, że w takim stanie nie mogę zostawić matki, bo wtedy cała złość i żal matki skrupi się na niej, na Uli, a ona nie ma dokąd pojechać.

- Idź do spowiedzi - poprosiła Ula. - Matka będzie spokojniejsza. Co ci szkodzi?

Nic mi nie szkodziło. Tylko że nie miałem żadnych większych grzechów na sumieniu, a tego jednego, którego moje sumienie nie uznawało za grzech, kościół traktował za coś gorszego niż nawet morderstwo i w ogóle nie udzielał rozgrzeszenia. Poza tym nie miałem ochoty poddawać się praktykom jakiegoś nawiedzonego egzorcysty, który pewnie we wszystkim widział diabła, a co dopiero w kimś takim jak ja.

Mimo to poszedłem. Matka za mną, żeby mieć pewność. Przy konfesjonale nie było nikogo.

- Powiedziałem przyjacielowi, że chcę się z nim rozwieść - wyznałem ojcu Danielowi. I dla jasności, aby ksiądz wiedział o co chodzi, dodałem – wcześniej żyliśmy razem, wierni sobie, przez dziesięć lat.

Oczekiwałem wybuchu gniewu księdza spowiednika. Tymczasem on, po chwili namysłu i, zapewne, jednak zaskoczenia, spokojnie zapytał:

- Co cię skłania do odejścia?

- Nadużywa alkoholu.

- W Polsce dziesięć milionów ludzi nadużywa alkoholu. Gdyby  tylko z tego powodu Polacy chcieli się rozwodzić, zanikłyby u nas wszelkie związki, nie tylko taki związek jak twój. On znęca się nad tobą?

- Nie.

- Daje pieniądze na dom?

- Jeśli zarobi, to trochę daje.

- Żyjecie z sobą fizycznie – ni stwierdził, ni zapytał.

- Od czasu do czasu.

- A ty byś chciał trzy razy dziennie?

Zmilczałem. Ale byłem coraz bardziej zdumiony. Dotąd żaden spowiednik nie odnosił się tak spokojnie do moich wyznań.

- Ma innego mężczyznę?

- Chyba nie. Raczej nie. To znaczy na pewno nie.

- W takim razie ty poznałeś innego - stwierdził ojciec Daniel.

- Nie - stanowczo zaprzeczyłem. - To znaczy poznaję innych mężczyzn, bo trudno tego uniknąć, ale nie poznałem w tym sensie.

Pomyślałem, że jeśli ksiądz zapyta: w jakim sensie, odejdę od konfesjonału, gdyż to będzie znaczyć, że albo lubi rozpytywać o te sprawy, albo po prostu nie ma pojęcia o życiu normalnych ludzi.

- Może jednak któryś z nich zawrócił ci w głowie, tylko sam nie chcesz się do tego przyznać?

- Nie - odrzekłem ucieszony, że nie zadał spodziewanego przeze mnie pytania; zaczynały mi się podobać jego konkretne słowa, które nie zdradzały żadnego nawiedzenia, czego się obawiałem.

Nie wiem czy nie skłamałem, bo przyszedł mi na myśl Marek. Ale przecież nie zawrócił mi w głowie?

- A lubisz  go?

- Raczej tak. Tak, lubię go. A nawet więcej.

- A on ciebie?

- Chyba lubi. Lubi. Na pewno – uśmiechnąłem się bezwiednie.

- To nie rozumiem cię, chłopie? I nie wiem po co do mnie przyszedłeś. Nie znajduję żadnego ważnego powodu, abyś go musiał opuścić.

Miałem ochotę powiedzieć, że przyszedłem do niego, bo mi matka kazała. I dobrze, że przyszedłem. Ojciec Daniel uzmysłowił mi to, co ja sam w głębi siebie wiedziałam: nie nastąpiło nic takiego ważnego, co zmuszałoby mnie do odejścia od Mariana, w ogóle nie powinniśmy się rozstawać

- W ostatnim czasie sytuacja pomiędzy mną a przyjacielem bardzo się pokomplikowała.

- Mój drogi, czasami tak dzieje się w życiu, że drobne, drugorzędne sprawy wysuwają się na pierwszy plan i wydaje się, to one są najważniejsze. Często człowiek dostrzega to dopiero wtedy, kiedy podejmie decyzję i już jest za późno na powrót. A czy chciałbyś, tak szczerze, żeby to, co skomplikowane pomiędzy wami, odkomplikowało się?

- Chciałbym. Ale nie wiem, czy ja i on potrafimy teraz rozmawiać.

- Nie rozmawiajcie. Wtedy pogmatwa się jeszcze bardziej. Posłuchaj mojej rady: wejdź mu do łóżka. Jeśli chcesz, traktuj to jako pokutę. Bóg ci pomoże.

Zdębiałem. Wszystkiego innego mógłbym się spodziewać… Klęczałem jak zabetonowany, aż mnie spowiednik ponaglił:

- No idź już, idź.

Po odejściu od konfesjonału usiadłem na chwilę na ławce, żeby ochłonąć po rozmowie z ojcem Danielem. Z tego, co słyszałem o ojcu Danielu, wyobrażałem  sobie spowiedź u niego całkiem inaczej, a już na pewno nie spodziewałem się dostać takiej rady i pokuty jednocześnie. Zwłaszcza, że jego rada wydała mi się najlepsza w tej sytuacji. Przypominała sposób, w jaki Aleksander Wielki, jeśli dobrze pamiętam, rozprawił się z trudnym do rozwiązania węzłem. Ale oczywiście zaraz zacząłem szukać dziury w całym i pomyślałem, że wolałbym, żeby ojciec Daniel takiej rady udzielił Marianowi. Niechby to on rozplątywał węzeł.

- Jaką ci zadał pokutę? - zapytała matka, gdy z kościoła wyszliśmy na ulicę; zapewne zastanawiała się, czy to miesiąc postu, czy pielgrzymka na Jasną Górę, czy leżenie krzyżem w kościele?

- Przyjemną - odrzekłem ze śmiechem.

czwartek, 26 listopada 2009, paoloimarian

Komentarze
2009/11/29 00:27:21
o to mi się podoba, księża nie są tacy źli jakby się mogło czasem wydawać, i przynajmniej niektórzy rozumieją zagadnienie. bardzo mi się to, co napisałeś podoba, bardzo :)